O mirki i mirabelki. Co się…

O mirki i mirabelki. Co się odjebało to ja nie. Godzinę temu wracałem z opijania nowego wozu qmpla z moją lubą, moją siostrą cioteczną i moim przyjacielem. Jedziemy przez tą naszą zapyziałą wieś a tu #wypadek. Rozglądamy się, kupa gapiów a nikt obok samochodów.

Wyskakuję razem z przyjacielem, w momencie organizm zapomniał, że dopiero co wlał w siebie 0,7 rudej. Bez słów podzieliliśmy się rolami: ja patrzę za ofiarami a on przesłuchuje świadków. Z pierwszego auta znaleziony tylko „kierowca” (zarzekał się że ktoś go wiózł ale wszystkie pasy prócz kierowcy poblokowane tuż przy fotelu a on nie miał obrażeń. Lecę do drugiego auta: dwie osoby stoją jedna leży na plecach. Podbija do niej, pytam jak się nazywa, czy wie gdzie jest i co się stało. Odpowiada poprawnie póki mąż się nie zjawił. On padł jak długi, ona w panikę. Oboje pozycja bezpieczna (ułożona przeze mnie i przyjaciela). Leżą blisko siebie, okrywam ich swoją bluzą (11 stopni na dworze) i szukam foili nrc. U siebie z znajduję jedną, ktoś znalazł u sprawcy kolejną. Świadek daje trzecią. Okrywamy małżeństwo. On się wybudził i kontaktował, czasami odpływał na kilka sekund jak człowiek na rollercoasterze.
Po pół godziny przyjeżdżają służby (wieś na końcu świata). Do ratowników przekazuję informację o poszkodowanych, do policjanta szczegóły na temat sprawcy i co zastałem w aucie.

Ogólnie to #czujedobrzeczlowiek #ratownictwo #motoryzacja